niedziela, 29 marca 2026

 BOŻUŃCIU BŁYŚNIJ (część trzeci)

Zapraszam do lektury.

Ktoś powiedział, że to brzmi jak opowieść zasłyszana na ławeczce pod sklepem (humor i realizm) - i to jest największa siła tego opowiadania. Mam nadzieję, że tak jest.

BOŻUŃCIU BŁYŚNIJ (część 3/4)

Ale Alojzy, który był człowiekiem niezwykle ciekawskim i lubił wiedzieć, co w trawie piszczy, postanowił wykorzystać wizytę u kolegi i wyjaśnić sprawę u samego źródła. Znając Michała od dawna, wiedział, że po kilku głębszych puszczają mu hamulce i lubi wtedy z humorem opowiadać o tym, co normalnie, po trzeźwemu, wolałby zachować w głębokiej tajemnicy albo — gdy było to już niemożliwe — zwyczajnie przemilczeć, udając, że nic się nie wydarzyło.


Mając to na uwadze, chociaż normalnie powinien postawić butelkę dopiero po skończonej robocie, przy odbiorze samochodu, zrobił to już dzisiaj.

— No to co, Aniela, jakbyś mogła, to przynieś jakieś kieliszki. Wypijemy po kropelce na lepsze krążenie — zagaił.

— Ja dziękuję. Nie piję wódki już od dobrych kilkunastu lat — obruszyła się gospodyni. — A wy róbcie, co chcecie. Kieliszki zaraz podam. Chociaż muszę wam przypomnieć, że picie przed południem — to grzech.

— Jaki tam znowu grzech — sprzeciwił się żonie Michał, który nigdy nie odmawiał darmochy. A widząc na stole butelkę, nabrał już wyraźnej ochoty. — Grzech, jak można przeczytać w Biblii, u człowieka wychodzi z pyska, a nie wchodzi do pyska. Jak mi nie wierzysz, to zapytaj księdza. Zobaczysz, że to samo ci powie.

Godzinę później, gdy Aniela krzątała się po kuchni, gotując obiad, a butelka już prawie pękła, Michał, mając już dobrze w czubie, poskarżył się do kolegi:

— A co to za duszpasterz z tego naszego proboszcza? Dla niektórych może i dobry. Ale ja pierdolę takiego księdza. Sam święty nie jest — z gospodynią od lat na plebanii, jak mąż z żoną, żyje. Na ryby na San razem jeżdżą i w szuwarach — kilka lat temu, osobiście, przyłapałem ich na tym, gdy wybrałem się na pstrągi — prawie nago się opalają. A człowiekowi, gdyby zdarzyło mu się coś ukraść, każe wszystko oddać albo szkodę wyrównać, bo inaczej nie da rozgrzeszenia.

Alojzy podrapał się po czole, poprawił zaczesaną do góry, na dawną modłę, szpakowatą czuprynę, którą ciągnący od rzeki lekki wiatr zwiewał mu na oczy.

I tu cię mam, bratku. Trochę wypiłeś i zaczynasz już zdradzać, co ci leży na wątrobie. To i dobrze, tym łatwiej pociągnę cię za język — pomyślał, a głośno powiedział:

— Prawdę mówisz. Ale z drugiej strony ksiądz — choćby i najlepszy — to też tylko człowiek, który dużo łatwiej z daleka dojrzy źdźbło w oku swojego parafianina, a o belce we własnym nawet nie pomyśli... Dajmy jednak spokój proboszczowi, bo to teraz drażliwy temat. Jeszcze jakaś kumoszka usłyszy i pobiegnie się „wyspowiadać”. A wtedy on nie omieszka nas publicznie z ambony napiętnować. Powiedz mi lepiej, co to się tobie przydarzyło, żeś aż na dwa tygodnie w szpitalu wylądował.

— Różnie to we wsi mówią: jedni — w tym miejscu Alojzy mocno przyciszył głos i zrobił porozumiewawcze oko do kolegi — że na obce kobiety na starość zacząłeś zerkać, a jednej wdówce z Górnego Końca, sam wiesz, o której mówię, to nawet ściernisko po pszenicy za darmo w tym roku zaorałeś, i za to Aniela ci wałkiem w głowę przywaliła...

— Bzdura! Znasz mnie przecież — obruszył się Michał. — Patrzeć na obce kobiety, to jeszcze nie grzech, a nawet zdrowo... Ale po co miałbym szukać szczęścia i nowego kłopotu u innych kobiet, skoro swoja czeka w chałupie, chętna i dorodna jak łania...

Wiesław Hop

https://www.empik.com/szukaj/produkt?author=hop+wiesław

https://lubimyczytac.pl/autor/68015/wieslaw-hop

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz