BOZUŃCIU BŁYŚNIJ (część druga)
Groźby te nie były bezpodstawne. Wiadomo było, że Aniela jest kobietą charakterną i narowistą — i gdy jej ktoś nadepnie na odcisk, potrafi się zemścić.
Kilka lat temu przekonał się o tym stary Ignac Babica, dawniej pierwszy „kogut” we wsi — który żadnej potrzebującej kobiecie nigdy nie odmówił — a gdy się postarzał, stał się niepoprawnym piwożłopem, powsinogą i zazdrosnym pleciuchem, który sam dobrego mięska już nie ugryzie, bo zębów nie ma, ale drugiemu żałuje.
Niedługo po tym, gdy naraził się Anieli, rozpowiadając po wsi, że przyłapał ją w domu na amorach z listonoszem, spotkała go, gdy spał na trawie pijany pod sklepem, i — aby nie uniknął kary — natychmiast wymierzyła mu kilka solidnych kopniaków w okolice tyłka. Kopała mocno, z satysfakcją i zapamiętaniem w tę starą, pijaną, tłustą dupę, która nie umiała utrzymać języka za zębami. Pech chciał, że wraz z ostatnim kopniakiem pazur od dużego palca wbił jej się w skórę buta i prawie w całości oderwał od ciała. A wiecie, jakie to jest bolesne...
Podczas gdy pleciuch Babica chyba nawet nie zauważył, że ktoś go zaatakował — przewrócił się tylko na drugi bok, jęknął, mruknął coś pod nosem i znowu zachrapał — ona przez kilka minut wiła się z bólu, skacząc dookoła niego na jednej nodze; a później dwa tygodnie musiała chodzić na bosaka, bo żadnego buta nie mogła włożyć, i moczyć zaczerniały palec w serwatce.
Michałowi jednak ten krewki charakter żony, widać, nie przeszkadzał. Dostosował się do warunków panujących w domu i całkiem nieźle sobie radził.
Dawniej, będąc operatorem spychacza i koparki w pegeerze w Dybowie nad Sanem, zarabiał dobrze, a popołudniami — za zgodą kierownika, z którym się dogadał i dzielił lewym zarobkiem — odwalał prywatne fuchy dla okolicznych chłopów. Wyrównywał działki pod budowę domów, kopał stawy rybne i karczował lasy... Dzięki temu przynosił do domu dwa razy tyle pieniędzy co jego lepiej wykształcony szwagier, Bronisław Gliniany, pracujący w gminie na etacie leśnika od lasów niepaństwowych.
W dniu wypłaty Aniela zawsze czekała na niego w kuchni z obiadem i od razu, z rozkoszą, kładła na pieniądzach swoje zgrabne ręce. Rozkładała je na kuchennym stole i dzieliła według nominałów. Później najgrubsze, pięciotysięczne banknoty lądowały w książce kucharskiej — za każdą kartką jeden banknot. Mniejsze nominały wpychała do pończochy, która pęczniała coraz bardziej z każdym kolejnym miesiącem i rokiem.
Podobało się to Jakubowi, więc nie bez powodu chwalił się czasami kolegom, że we wsi nie ma drugiej takiej zapobiegliwej, oszczędnej i mądrej kobiety jak jego żona.
Teraz, jako emeryt, także dawał sobie radę. Od kilku lat prowadził przydomowy warsztat samochodowy, który — pomimo narzekań, że to się nie opłaca — ku zadowoleniu żony przynosił mu jednak tygodniowo po kilka dodatkowych stówek czystego dochodu.
Był początek jesieni — koniec września. Zbliżało się
południe, ale słońce przygrzewało mocno, prawie jak w środku lata.
Alojzy otarł ręką pot z wysokiego czoła, przeczesał
paluchami mocno już przerzedzone, siwe włosy; spojrzał na niewielki staw, przy
którym siedzieli, gdzie na tafli wody, w promieniach słońca, pluskały się
wpuszczone na wiosnę, już w sam raz na patelnię, tęczowe pstrągi.
Sięgnął ręką po skórzaną teczkę, którą ze sobą
przyniósł. Wyjął z niej i postawił na stole litrowy słoik ciemnego miodu z
iglastej spadzi oraz butelkę czystej siwuchy własnej produkcji — a jakże.
Wiedział bowiem, że Michał, z powodu wrażliwego żołądka, nie znosi żadnych
nalewek, żadnych — może i zdrowych — mikstur na miodzie, a pije tylko czystą
wódkę.
— To dla gospodyni, miód z mojej pasieki — powiedział,
przesuwając słoik w kierunku Anieli. — A butelka dla mechanika, żeby mu się
ręce nie trzęsły, kiedy będzie naprawiał mój samochód — zażartował.
Chociaż był umówiony z Michałem na wizytę w warsztacie
dużo wcześniej, z naprawą swojej Mazdy musiał czekać prawie miesiąc, bo pod
koniec sierpnia Michał niespodziewanie wylądował w szpitalu z rozbitą głową i
przeleżał tam, z diagnozą wstrząśnienia mózgu, bite dwa tygodnie.
Różnie we wsi o tym mówiono. Jedni śmiali się, że
krewka Aniela walnęła go w cebrzyk wałkiem do ciasta, gdy wrócił do domu trochę
podchmielony z imienin u brata, z którym ona się gniewała... Drudzy — że sam
się po ciemku potknął o coś na podwórku i, upadając, trafił głową w jakieś
żelastwo... A jeszcze inni — że Pan Bóg go pokarał, gdy — swoim zwyczajem —
wybrał się nocą na grządki starego Indyka spod Helu po cebulę i czosnek...
Ile w tym gadaniu było prawdy — nikt nie wiedział.
Może nic. A może całkiem sporo. W każdym razie zapytany o to przez kogoś pod
kościołem Indyk nie puścił pary z gęby; niczego nie potwierdził ani niczemu nie
zaprzeczył. Tylko jakoś dziwnie się uśmiechnął, zanim wszedł do kościoła.
Jednak fakt, że Michał do szpitala został zabrany z domu, przemawiał za tym, że
cebula i czosnek starego Indyka z rozbitą głową Michała miały niewiele
wspólnego.
Wiesław Hop
https://www.empik.com/szukaj/produkt?author=hop+wiesław
https://lubimyczytac.pl/ksiazka/5165208/jastrzebie-nad-polonina

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz