poniedziałek, 30 marca 2026

 BOŻUŃCIU BŁYŚNIJ (część czwarta - ostatnia.

Zapraszam do czytania i zapoznania się z zakończeniem i puentą.
Ciekawy jestem Waszych opinii. Czy to jest dobrze opowiedziane opowiadanie?
BOŻUŃCIU BŁYSNIJ (część czwarta)
I w tym miejscu Alojzy musiał przyznać mu rację. Zawsze, chociaż się do tego nie przyznawał, miał chrapkę na żonę Michała, ale jakoś — chociaż słyszał, że bywała chętna, a nawet, czego sam był świadkiem, żartowała czasami, że jeden chłop to dla niej za mało — nigdy nie zdobył się na nic więcej.

— A głowę rozbiłem, jak to zwykle bywa, przez własną głupotę i zwyczajną nieostrożność — ciągnął po chwili namysłu Michał. — Jak Pan Bóg chce człowieka pokarać, to mu najpierw rozum odbierze. Chcesz, to ci opowiem, jak było. Ale obiecaj najpierw, że pary z gęby nie puścisz.
— Masz moje słowo — zgodził się Alojzy, zadowolony, że udało mu się dopiąć swego.
— Dobrze. W takim razie słuchaj: tamtej nocy, jak każdego roku, wybrałem się na czosnek do Indora spod Helu. U nikogo innego we wsi nie znajdziesz takich dorodnych i smacznych głów jak u niego. Wiem, co mówię. A poza tym tu nawet żadnego grzechu nie ma, bo stary sknera sam wszystkiego nie zje, a ma mu zgnić w piwnicy, to lepiej, jak się z kimś potrzebującym podzieli...
— Niby racja — przerwał mu Alojzy i pociągnął łyk zimnej już herbaty, którą poczęstowała go Aniela. — Ale mów dalej.
— Noc była niezbyt ciemna, taka w sam raz do takiej roboty, ale zanosiło się na burzę. Na miejsce doszedłem bez problemów, bo drogę znam dobrze. Wyjąłem z kieszeni zasuszoną racicę dzika i zrobiłem na ścieżce i pomiędzy rowkami trochę głębokich śladów. Niech stary myśli, że zwierzyna mu czosnek i cebulę wyżera. Może jeszcze jakieś odszkodowanie z nadleśnictwa uda mu się wydębić...
Szybko natargałem pół woreczka czosnku, zarzuciłem go sobie na plecy i ruszyłem w drogę powrotną. Już byłem niedaleko chałupy, gdy zaczęło padać i zrobiło się ciemno, że oko wykol. A jak na złość nie wziąłem ze sobą latarki. Pomimo to przyspieszyłem, żeby całkiem nie zmoknąć. A na dodatek zaczęły bić pioruny.
— Bożuńciu, błyśnij — pomodliłem się, przedzierając się na przełaj w kierunku domu, mając nadzieję, że błyskawica rozświetli niebo, dzięki czemu łatwiej przeskoczę płynący nieopodal ogrodzenia mojej posesji strumyczek i szybko schowam się pod dachem...
— I co, błysnął? — wszedł mu w słowo Alojzy, chwytając już za koniec nić, którą sprytnie snuł Michał.
— I to jeszcze jak. Do dzisiaj na czole pozostał mi po tym ślad — odpowiedział Michał, odgarniając na bok opadający mu na oczy kosmyk włosów.
— W jaki sposób?
— Zwyczajnie. Przeskakując potok, poślizgnąłem się i walnąłem głową w jakiś kamień. Pod czaszką rozbłysły mi wszystkie gwiazdy, ale przytomności nie straciłem i do domu dotarłem o własnych siłach. Co z tego, skoro rano zaczęło mnie brać na wymioty i trzeba było wezwać karetkę...
Michał z doświadczenia wiedział, że jak kłamać — to dobrze, oraz że w każdym łgarstwie, żeby ludzie dali się na nie nabrać, musi być trochę prawdy.
Cała prawda zaś była taka, że tamtej nocy zgubiła go rutyna. Czuł się zbyt pewny siebie i stary Indor przydybał go w swoim ogródku, gdy po ciemku, na klęczkach, wyrywał czosnek, i zdzielił kijem po głowie...
Co prawda Michałowi udało się uciec. Zabrał ze sobą nawet worek ze skradzionym czosnkiem, ale wstrząśnienia mózgu i wizyty w szpitalu nie uniknął.
Wyciągnął też z tego spóźnioną naukę, że może i kradzież rzeczy, które „wchodzą do pyska”, nie jest grzechem, ale aby sprawca mógł uniknąć ludzkiej kary, na pewno musi być dobrze zaplanowana i jeszcze lepiej wykonana. A pośpiech jest dobry przy łapaniu pcheł, a nie podbieraniu czosnku z cudzego ogródka.
I w tym miejscu Alojzy musiał przyznać mu rację. Zawsze, chociaż się do tego nie przyznawał, miał chrapkę na żonę Michała, ale jakoś — chociaż słyszał, że bywała chętna, a nawet, czego sam był świadkiem, żartowała czasami, że jeden chłop to dla niej za mało — nigdy nie zdobył się na nic więcej.
— A głowę rozbiłem, jak to zwykle bywa, przez własną głupotę i zwyczajną nieostrożność — ciągnął po chwili namysłu Michał. — Jak Pan Bóg chce człowieka pokarać, to mu najpierw rozum odbierze. Chcesz, to ci opowiem, jak było. Ale obiecaj najpierw, że pary z gęby nie puścisz.
— Masz moje słowo — zgodził się Alojzy, zadowolony, że udało mu się dopiąć swego.
— Dobrze. W takim razie słuchaj: tamtej nocy, jak każdego roku, wybrałem się na czosnek do Indora spod Helu. U nikogo innego we wsi nie znajdziesz takich dorodnych i smacznych głów jak u niego. Wiem, co mówię. A poza tym tu nawet żadnego grzechu nie ma, bo stary sknera sam wszystkiego nie zje, a ma mu zgnić w piwnicy, to lepiej, jak się z kimś potrzebującym podzieli...
— Niby racja — przerwał mu Alojzy i pociągnął łyk zimnej już herbaty, którą poczęstowała go Aniela. — Ale mów dalej.
— Noc była niezbyt ciemna, taka w sam raz do takiej roboty, ale zanosiło się na burzę. Na miejsce doszedłem bez problemów, bo drogę znam dobrze. Wyjąłem z kieszeni zasuszoną racicę dzika i zrobiłem na ścieżce i pomiędzy rowkami trochę głębokich śladów. Niech stary myśli, że zwierzyna mu czosnek i cebulę wyżera. Może jeszcze jakieś odszkodowanie z nadleśnictwa uda mu się wydębić...
Szybko natargałem pół woreczka czosnku, zarzuciłem go sobie na plecy i ruszyłem w drogę powrotną. Już byłem niedaleko chałupy, gdy zaczęło padać i zrobiło się ciemno, że oko wykol. A jak na złość nie wziąłem ze sobą latarki. Pomimo to przyspieszyłem, żeby całkiem nie zmoknąć. A na dodatek zaczęły bić pioruny.
— Bożuńciu, błyśnij — pomodliłem się, przedzierając się na przełaj w kierunku domu, mając nadzieję, że błyskawica rozświetli niebo, dzięki czemu łatwiej przeskoczę płynący nieopodal ogrodzenia mojej posesji strumyczek i szybko schowam się pod dachem...
— I co, błysnął? — wszedł mu w słowo Alojzy, chwytając już za koniec nić, którą sprytnie snuł Michał.
— I to jeszcze jak. Do dzisiaj na czole pozostał mi po tym ślad — odpowiedział Michał, odgarniając na bok opadający mu na oczy kosmyk włosów.
— W jaki sposób?
— Zwyczajnie. Przeskakując potok, poślizgnąłem się i walnąłem głową w jakiś kamień. Pod czaszką rozbłysły mi wszystkie gwiazdy, ale przytomności nie straciłem i do domu dotarłem o własnych siłach. Co z tego, skoro rano zaczęło mnie brać na wymioty i trzeba było wezwać karetkę...
Michał z doświadczenia wiedział, że jak kłamać — to dobrze, oraz że w każdym łgarstwie, żeby ludzie dali się na nie nabrać, musi być trochę prawdy.
Cała prawda zaś była taka, że tamtej nocy zgubiła go rutyna. Czuł się zbyt pewny siebie i stary Indor przydybał go w swoim ogródku, gdy po ciemku, na klęczkach, wyrywał czosnek, i zdzielił kijem po głowie...
Co prawda Michałowi udało się uciec. Zabrał ze sobą nawet worek ze skradzionym czosnkiem, ale wstrząśnienia mózgu i wizyty w szpitalu nie uniknął.
Wyciągnął też z tego spóźnioną naukę, że może i kradzież rzeczy, które „wchodzą do pyska”, nie jest grzechem, ale aby sprawca mógł uniknąć ludzkiej kary, na pewno musi być dobrze zaplanowana i jeszcze lepiej wykonana. A pośpiech jest dobry przy łapaniu pcheł, a nie podbieraniu czosnku z cudzego ogródka.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz