W teatrze marionetek – Orwell
by tego lepiej nie wymyślił
Kiedy patrzę
na ten dzisiejszy świat, który niektórzy myśliciele nazywają globalną wioską –
a już szczególnie na tych, którzy decydują o losach Polski i Europy – nie mogę
się oprzeć wrażeniu, że i tu, i tam mamy do czynienia z orwellowskim teatrem
marionetek...
Obrazowo
mówiąc, prawdziwi gracze, kreatorzy, decydenci – rekiny (czy jakby ich tam nie
nazwać) światowej, europejskiej i polskiej polityki, ukryci bezpiecznie za
kotarą, racząc się małmazją i sprośnymi żartami, pociągają za setki, a może i
tysiące, niewidzialnych sznurków. A wypchnięci na scenę ich klakierzy, aktorzy
– ich marionetki – posłusznie odgrywają swoje role: mówią, co im kazano, robią,
co trzeba, i uśmiechają się, kiedy i jak trzeba. A wszystko według podanego im
na tacy gotowego scenariusza, w którym dokładnie napisane jest każde słowo,
które mają wypowiedzieć, omówiony każdy gest, każdy krok, a nawet ruch ręki...
Nie muszą więc wysilać swoich mózgownic, bo sami o niczym nie decydują.
Najmocniejszym, najbardziej istotnym uczuciem, jakie im towarzyszy, jest
przemożny strach, że zawiodą swoich mocodawców, pryncypałów i w najlepszym
razie zostaną bez ceregieli strąceni ze sceny, gdzie ich miejsce zajmą jeszcze
bardziej uczynne, jeszcze bardziej spolegliwe, jeszcze bardziej brutalne w
dokładnym wykonywaniu rozkazów nowe kukiełki...