W
zwierzęcym cyrku (satyra)
Po trybunie biegają osłanki,
Odkrywają rozumu firanki.
A tam nic, tylko pustka – żenada!
A co druga wciąż beczy i biada:
Że biedne krowy są dzisiaj gwałcone,
Bieszczady. Opowiadania współczesne - na stronie prezentuję swoje opowiadania, artykuły, felietony, zdjęcia oraz zamieszczam informacje o wydanych książkach i sklepach, w których można je kupić.
O miłości
W zasadzie staram się trzymać gardę i nie pisać o
uczuciach, o miłości. Chyba, że w powieściach i opowiadaniach, gdzie obowiązują
inne reguły, wszystko trwa dłużej i łatwiej jest ukryć swoją wrażliwość za
fikcyjnymi przygodami bohaterów.
O
miłości
A serce gdzieś tak
Szepcze skrycie:
Że ja cie kocham,
Moja Miła,
Że ja cie kocham ponad życie!!!...
Wiesław Hop
Pogórze Przemyskie, dnia 18.10.2026 r.
Kryminały bieszczadzkie: "Jastrzębie nad połoniną" i "Bieszczadzka sitwa" na stronie Zarządu Głównego Związku Literatów Polskich.
https://zlp.page.gd/publikacje/nowe-ksiazki.html
A do tego fragment recenzji czytelnika HOBBYKSIAZKA ze strony LUBIMY CZYTAĆ:"
"Bieszczadzka sitwa Wiesława Hopa to kryminał, który od pierwszych stron
przekonał mnie przede wszystkim tym, że nie próbuje udawać historii „uniwersalnej”. Jest mocno osadzony w konkretnym miejscu i właśnie Bieszczady są jednym z jego największych atutów. Punktem wyjścia jest zaginięcie Jacka Zaręby, dziennikarza pracującego nad materiałem, który miał naruszyć interesy ludzi od lat czujących się w regionie bezkarnie. Sprawą zajmuje się były policjant Andrzej Nowak, dziś prywatny detektyw, a z pozornie prostych poszukiwań szybko wyrasta znacznie większa historia o starych tajemnicach, zależnościach i ludziach, którzy zbyt wiele wiedzą.
"O ludzkich historiach, Bieszczadach i policyjnej przeszłości – spotkanie z Wiesławem Hopem
Od dnia, w którym Pinki przyprowadził do domu bezdomnego, nieszczęśliwego, małego kotka minęło dwa tygodnie. W tym czasie kotek troszeczkę podrósł i dzięki temu, że Karolinka otoczyła go troskliwą opieką - karmiła, kąpała w specjalnym szamponie dla kotków i piesków, i codziennie czesała – jeszcze bardziej wypiękniał. Miał bardzo puszyste, brązowo-rude, cętkowane futerko i do złudzenia przypominał maleńkiego tygryska. Jego ogonek był długi, gruby i kudłaty, a sterczące do góry uszy zakończone pędzelkami, z takich samych jak wąsy, czarnych włosów. Oczy błyszczały mu jak dwa węgielki. Karolinka nazwała go Dzikusek i bardzo lubiła się z nim bawić.
Moje spotkanie autorskie w Miejskiej Bibliotece Publicznej w Krośnie
Mieszkańców Krosna i okolic, miłośników literatury kryminalnej i obyczajowej, w tym szczególnie moich Czytelników i Znajomych z Facebooka, zapraszam na moje spotkanie autorskie do Krośnieńskiej Biblioteki Publicznej.
W teatrze marionetek – Orwell by tego lepiej nie wymyślił
Kiedy patrzę
na ten dzisiejszy świat, który niektórzy myśliciele nazywają globalną wioską –
a już szczególnie na tych, którzy decydują o losach Polski i Europy – nie mogę
się oprzeć wrażeniu, że i tu, i tam mamy do czynienia z orwellowskim teatrem
marionetek...
Obrazowo mówiąc, prawdziwi gracze, kreatorzy, decydenci – rekiny (czy jakby ich tam nie nazwać) światowej, europejskiej i polskiej polityki, ukryci bezpiecznie za kotarą, racząc się małmazją i sprośnymi żartami, pociągają za setki, a może i tysiące, niewidzialnych sznurków. A wypchnięci na scenę ich klakierzy, aktorzy – ich marionetki – posłusznie odgrywają swoje role: mówią, co im kazano, robią, co trzeba, i uśmiechają się, kiedy i jak trzeba. A wszystko według podanego im na tacy gotowego scenariusza, w którym dokładnie napisane jest każde słowo, które mają wypowiedzieć, omówiony każdy gest, każdy krok, a nawet ruch ręki... Nie muszą więc wysilać swoich mózgownic, bo sami o niczym nie decydują. Najmocniejszym, najbardziej istotnym uczuciem, jakie im towarzyszy, jest przemożny strach, że zawiodą swoich mocodawców, pryncypałów i w najlepszym razie zostaną bez ceregieli strąceni ze sceny, gdzie ich miejsce zajmą jeszcze bardziej uczynne, jeszcze bardziej spolegliwe, jeszcze bardziej brutalne w dokładnym wykonywaniu rozkazów nowe kukiełki...
My, ludzie dorośli - nawet jeżeli jesteśmy już tak sztywni, tak zdrewniali jak kołki w płocie, bo życie dało nam nieźle w kość - lubimy jednak wspominać dawne czasy, gdy byliśmy dziećmi i żyliśmy w świecie bajek...
Zapraszam do lektury mojej bajki "Karolinka, piesek i kotek", którą napisałem już dawno temu.
W pewnym maleńkim, ale bardzo pięknym domku, na przedmieściu prastarego miasta, znanego na całym świecie z górującego nad okolicą, tajemniczego królewskiego zamku, otoczonego ze wszystkich stron kamiennym murem obronnym, mieszkała urocza, dobra i wesoła dziewczynka o imieniu Karolinka, którą wszyscy bardzo lubili.
Pewnego razu, gdy wraz z rodzicami była w odwiedzinach u swojej ciotki Grażyny, mieszkającej na wsi siostry taty, i wraz z jej dorastającymi już córkami oglądała gospodarstwo, zauważyła, że po podwórku baraszkuje cztery małe szczeniaczki. Pieski bardzo jej się spodobały i zapragnęła mieć jednego z nich. Gdy się ciotka o tym dowiedziała, chętnie podarowała jej najpiękniejszego, bo szukała już dla nich dobrych domów.