Jeżeli ktoś ma ochotę, zapraszam do lektury mojego opowiadania "Bożuńciu błyśnuij". Dzisiaj pierwsza część.
Bożuńciu błyśnij
— Dawniej to było dobrze. Nie taka bieda i dziadostwo jak teraz, gdy w całej wsi u żadnego gospodarza krowy nie zapoświadczysz, a pola, jak dzikie stepy, zarastają trawą i krzakami — mówiła Aniela Kalinowska, kobieta już dobrze po sześćdziesiątce, chociaż jeszcze postawna, jeszcze przyciągająca męskie oko na ulicy; ze śladami, co prawda, przemijającej już, ale nieprzeciętnej urody. — Wszystkie okoliczne góry były zasiane zbożem, a nadrzeczne błonia zasadzone burakami cukrowymi i tytoniem. W czasie żniw, gdzie okiem sięgnąć, jak wieś długa i szeroka, na polach stały pokopki żyta, pszenicy, jęczmienia i owsa. Bywało, że w pogodną noc poszliśmy z Michałem na pobliską Antochówkę czy Załazek, zabrali i znieśli do stodoły po jednym snopku z każdego pokopka... Śladu żadnego nie zrobiło. Trzy noce wystarczyły, żeby do szczytu założyć wszystkie sąsieki w naszej stodółce. I komu to przeszkadzało? My miały i ludziom nie brakowało...
— Racja, Aniela. Racja... Tak było — zgodził się z nią Alojzy Staroń, były traktorzysta z pegeeru w Dybowie, rówieśnik i dobry kolega Michała Kalinowskiego.
A jednocześnie pomyślał: To i pewnie mojego zboża żeście nie oszczędzali. Ale nie powiedział tego głośno, bo Aniela mówiła o dawnych, zamierzchłych już czasach sprzed dwudziestu — trzydziestu lat, więc nie było o co kruszyć kopii. A poza tym ludzie we wsi zawsze wiedzieli, że Michał i Aniela Kalinowscy mają lepkie ręce, i tolerowali ich z tą wadą, przedkładając nadto ich inne niewątpliwe zalety: ot, choćby łatwość nawiązywania (powierzchownych, co prawda) przyjaźni, życiową mądrość, zaradność, gadulstwo i przede wszystkim poczucie humoru, którego nigdy im nie brakowało.
Każdego roku, chociaż siali niewiele, bo pola mieli mało, maszyna do młócenia pracowała u nich tyle samo godzin, a czasami nawet dłużej co u większych gospodarzy.
— I po co nam była ta cała Unia Europejska, ten cały Eurokołchoz? — wtrącił się do rozmowy Michał. — Już pierwszego roku położyli łapę na wszystkim, co się dało, a zaczęli od likwidacji gminnych młynów, skupów bydła i małych masarni... Nie wspomnę już o cukrowni w Przeworsku... Świnie nawet, jak za okupacji, zabronili chłopom na własny użytek w gospodarstwach zabijać... A teraz, po latach, gdy wszystko już — za łapówki — wysprzedali Niemcom i kto tam jeszcze co chciał, ci sami krętacze, co wtedy rządzili i dobrze się obłowili, trąbią w telewizji, że to był błąd; że trzeba znowu przywrócić do życia małe gospodarstwa, gminne młyny, masarnie... i pozwolić chłopom, żeby sami, na rynkach, bez pośredników mogli sprzedawać to, co zdołają wyprodukować.
Michał był dobrym mężem — pracowitym, oszczędnym i niezwykle zapobiegliwym. I co najważniejsze — nigdy nie trwonił pieniędzy na alkohol. Za te cechy — a szczególnie za jego złote ręce, które potrafiły wszystko naprawić, od zanitowania dziurawego garnka po silnik w traktorze i starą maszynę do szycia — chwaliły go we wsi niemal wszystkie kobiety, a nawet — co nie jest zbyt częste — jego własna żona.
To znaczy — chwaliła go publicznie, bo w domu, będąc kobietą o pół głowy wyższą, silniejszą fizycznie i mentalnie od swojego męża, od razu wzięła go pod pantofel; trzymała w szachu i często strofowała. Bywało, że mówiła do którejś z sąsiadek:
— Gdyby mnie mój Michał, tak jak chociażby Wacek od Jagodzichy, po wypłacie poszedł do restauracji i przechlał wszystkie pieniądze, to bym go w domu złapała za bety, przewróciła na podłogę, przydepnęła jedną nogę, a drugą chwyciła w ręce i rozerwała na pół jak żabę.
cdn.Wiesław Hop
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz