Wielkanocne życzenia
Wszystkim Czytelnikom, którzy odwiedzają mojego bloga (a zaglądają tutaj Polacy - jak widać po statystykach - mieszkający nie tylko w Polsce, ale i w Ameryce, i w Indiach, i w wielu innych często egzotycznych dla mnie krajach) życzę zdrowych, pogodnych i radosnych Świąt Wielkanocnych.
Niech Wam, mili, słońce świeci,
Niech Wam radość w duszy gra,
Niech się śmieją Wasze dzieci
I niech Bóg Wam szczęście da!
Z Wielkanocnym pozdrowieniem
Wiesław Hop
A żeby nie było tak krótko, dla tych, którzy lubią czytać, zamieszczam fragment mojej powieści "Przed wyrokiem". Książka jest dostępna w wersji audiobooka, e-booka i papierowej (chwilowo nakład wyczerpany), więc można ja zakupić, słuchać i czytać wszędzie tam, gdzie mieszkacie.
PRZED WYROKIEM (fragment)
Rozdział 12
Czterech uzbrojonych w kałasznikowy, znudzonych monotonnym
więziennym życiem strażników, w drelichowych mundurach spacerowało po
wiszącej pod sufitem nad stołówką, metalowej platformie i pozorną nonszalancją
obserwowało wnętrze sali. Ten okratowany, przylegający do czterech ścian
„małpi wybieg” stanowił doskonałe zabezpieczenie na wypadek, gdyby w
stołówce doszło jakiegoś nieprzewidzianego, trudnego do opanowania buntu. W
takiej sytuacji strażnicy mieli prawo strzelać bez ostrzeżenia. Ponadto w czasie
każdego posiłku na dole pilnowało porządku sześciu klawiszy bez broni,
wyposażonych w długie, twarde pały, stanowiące doskonałe narzędzie do walki
wręcz. Kucharze dopiero zaczęli wydawać śniadanie i w sali było jeszcze prawie
pusto. Niedługo jednak stołówka zapełniła się ludźmi i gwarem, a wzdłuż lady
ustawiła się długa kolejka więźniów z plastikowymi, kremowymi tacami w
rękach.
Młot, w towarzystwie swojej świty, zajął długi stół w pobliżu
okratowanego okna. Usiadł tak, aby mieć na oku drzwi wejściowe i kolejkę. Gdy
zauważył, że do kolejki dołączył już niemłody, chociaż nadal dobrze zbudowany
mężczyzna, na którego niecierpliwie czekał, odczuł gwałtowny przypływ
adrenaliny. Pomimo to spokojnie wyczekał do momentu, aż człowiek ten zbliżył
się do lady i stanął przed kucharzami. Dopiero wtedy dał umówiony znak
swojemu przydupasowi, Petowi, który dzisiaj usiadł w głębi jadalni, tak aby nie
rzucał się w oczy strażników i był z daleka od Młota, a wszyscy więźniowie
mogli go dobrze słyszeć. Pet był niski i gruby, i wyglądał, jak stojący na rogu
ulicy słup ogłoszeniowy, ale miał bardzo mocny, donośny głos. Po otrzymaniu
sygnału od młota, wrzasnął:
- Ludzie!!! Popatrzcie na tego starego kutasa, który stoi przy ladzie.
Nazywa się Stanisław Wrzos i udaje jednego z nas. Ale nie wierzcie mu! To
milicyjny pies, szpicel, kapitan milicji, który nie przyszedł tutaj siedzieć, tylko po
to, aby nas rozpracować! To czerwona, komunistyczna szmata, której musicie się
wystrzegać!
Pet wyrecytował, otrzymany od Młota, wykuty na pamięć tekst i szybko
zajął miejsce za stołem. Zrobił to zanim klawisze zdążyli zorientować się, co się
dzieje i w jakiś sposób zareagować. Był specjalistą od kradzieży i włamań;
wielokrotnym recydywistą, z krótkimi wyrokami, który nauczył się żyć na koszt
społeczeństwa i nigdy nie splamił się żadną uczciwą robotą. Ale jak większość
inteligentnych złodziei nie stosował przemocy, dlatego w kryminale potrzebował
opieki kogoś twardszego od siebie.
Za każdym razem, gdy tylko wychodził na wolność, montował nową ekipę
i ruszał w trasę. Najchętniej na wieś. Tam włamywał się do słabo
zabezpieczonych spółdzielczych sklepów spożywczo-przemysłowych. Kradł
pieniądze, które sprzedawcy pozostawiali na noc w prowizorycznych sejfach,
alkohole, papierosy, najdroższe wędliny i konserwy, czekolady, i wszystko, co
dało się łatwo spieniężyć u znajomego pasera lub zjeść. Gdy się trochę odchrapał,
wynajmował dobrą metę i znajdował sobie młodą, atrakcyjną dziewczynę.
Najlepiej taką, która z jakiegoś powodu uciekła z domu lub zerwała kontakty z
rodziną, popadła w tarapaty i była zdana całkowicie na jego opiekę i pomoc.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz