Obserwatorzy

niedziela, 6 września 2026

 W teatrze marionetek – Orwell by tego lepiej nie wymyślił

Kiedy patrzę na ten dzisiejszy świat, który niektórzy myśliciele nazywają globalną wioską – a już szczególnie na tych, którzy decydują o losach Polski i Europy – nie mogę się oprzeć wrażeniu, że i tu, i tam mamy do czynienia z orwellowskim teatrem marionetek...

Obrazowo mówiąc, prawdziwi gracze, kreatorzy, decydenci – rekiny (czy jakby ich tam nie nazwać) światowej, europejskiej i polskiej polityki, ukryci bezpiecznie za kotarą, racząc się małmazją i sprośnymi żartami, pociągają za setki, a może i tysiące, niewidzialnych sznurków. A wypchnięci na scenę ich klakierzy, aktorzy – ich marionetki – posłusznie odgrywają swoje role: mówią, co im kazano, robią, co trzeba, i uśmiechają się, kiedy i jak trzeba. A wszystko według podanego im na tacy gotowego scenariusza, w którym dokładnie napisane jest każde słowo, które mają wypowiedzieć, omówiony każdy gest, każdy krok, a nawet ruch ręki... Nie muszą więc wysilać swoich mózgownic, bo sami o niczym nie decydują. Najmocniejszym, najbardziej istotnym uczuciem, jakie im towarzyszy, jest przemożny strach, że zawiodą swoich mocodawców, pryncypałów i w najlepszym razie zostaną bez ceregieli strąceni ze sceny, gdzie ich miejsce zajmą jeszcze bardziej uczynne, jeszcze bardziej spolegliwe, jeszcze bardziej brutalne w dokładnym wykonywaniu rozkazów nowe kukiełki...

Myślę, że stąd się bierze w dzisiejszym świecie ta cała wielka estyma, ten cały szacunek dla aktorów odgrywających swoje role...

Nie szanujemy naukowców – mądrych profesorów, pisarzy, wynalazców i wszystkich tych, którzy mogą coś dobrego dla nas zrobić. Powiedzieć nam, co jest ważne. Za to otaczamy hołdami aktorów, którzy tylko odgrywają swoje role, niczego przeważnie sami nie wymyślając. Są więc w światowym, orwellowskim teatrze lalek tylko kukiełkami. Mamy więc swoje marionetki, które możemy hołubić lub ganić; kochać lub nienawidzić za decyzje, które, jak nam się wydaje, podejmują. Tymczasem one o niczym nie decydują. Nie zasługują więc ani na nasz szacunek, ani nawet na pogardę, bo są tylko klakierami, za plecami których ukrywają się prawdziwi bossowie – Herosi tego świata, którzy prowadzą nas częściej ku zagładzie niż dobrobytowi. Dzieje się tak, bo oni tego chcą, więc posługują się kukiełkami. Im bardziej spolegliwa, łasa na pochwały i pieniądze, dokładniej i bez refleksji odgrywająca swoją rolę – tym lepsza.

Ale czy my – zwykli zjadacze chleba, zwykli, tak zwani „wolni wyborcy” – szczególnie w Polsce, gdzie od dekad ci sami przywódcy partyjni, często jednoosobowo, decydują, kogo i w jakim miejscu umieścić na liście wyborczej, żeby na pewno został dożywotnim lub tylko tymczasowym posłem czy europosłem – mamy na to jakiś wpływ? Wydaje mi się, chociaż chciałbym się mylić, że raczej nie. Ale godząc się na takie praktyki podgryzamy drzewo, na którym wszyscy siedzimy. A wy co o tym sądzicie?


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz