My, ludzie dorośli - nawet jeżeli jesteśmy już tak sztywni, tak zdrewniali jak kołki w płocie, bo życie dało nam nieźle w kość - lubimy jednak wspominać dawne czasy, gdy byliśmy dziećmi i żyliśmy w świecie bajek...
Zapraszam do lektury mojej bajki "Karolinka, piesek i kotek", którą napisałem już dawno temu.
Karolinka, piesek i kotek
W pewnym maleńkim, ale bardzo pięknym domku, na przedmieściu prastarego miasta, znanego na całym świecie z górującego nad okolicą, tajemniczego królewskiego zamku, otoczonego ze wszystkich stron kamiennym murem obronnym, mieszkała urocza, dobra i wesoła dziewczynka o imieniu Karolinka, którą wszyscy bardzo lubili.
Pewnego razu, gdy wraz z rodzicami była w odwiedzinach u swojej ciotki Grażyny, mieszkającej na wsi siostry taty, i wraz z jej dorastającymi już córkami oglądała gospodarstwo, zauważyła, że po podwórku baraszkuje cztery małe szczeniaczki. Pieski bardzo jej się spodobały i zapragnęła mieć jednego z nich. Gdy się ciotka o tym dowiedziała, chętnie podarowała jej najpiękniejszego, bo szukała już dla nich dobrych domów.
- To jest Czarnulek. Oprócz krawata pod szyją i białych nóżek, jest ciemny jak smoła. Ale możesz mu dać inne imię, bo do tego jeszcze się nie przyzwyczaił – powiedziała ciotka, zadowolona, że jej piesek trafił do Karolinki, bo wiedziała, że nie mogła znaleźć dla niego lepszego miejsca. – Musisz o niego dbać, karmić go, bawić się z nim i wyprowadzać na spacery, a wtedy on polubi cię i zostanie twoim wiernym przyjacielem na całe życie.
- Dziękuję ciociu! Będę o tym zawsze pamiętała! U nas nie będzie mu źle!
Karolinka zabrała pieska do domu. Nazwała imieniem Pinki i zaprzyjaźniła się z nim. Dbała o niego i karmiła go. Pilnowała, aby zawsze miał w miseczce karmę i świeżą wodę do picia, a nawet dzieliła się z nim najsmaczniejszymi kąskami z własnego obiadu. Codziennie się z nim bawiła w domu i na podwórku, i wraz z tatą i mamą wyprowadzała go na długie spacery przepięknymi ścieżkami dookoła zamku i wzdłuż, przepływającej nieopodal przez środek miasta, obrośniętej szuwarami i łozą rzeczki, w której mieszkały ryby - piękne, zwinne piegowate pstrągi i wąsate sumy, a nawet chodzące do tyłu, czerwone raki z ostrymi szczypcami zamiast rąk.
Oboje, pod opieką rodziców Karolinki, poznawali otaczający ich świat przyrody. Obserwowali rozgadane przepiórki, pracowicie ostukujące stare drzewa duże zielone dzięcioły z czerwonymi czapkami na głowach, puszyste jak kulki z waty stada kuropatw, kolorowe przystojne bażanty i ich skromne żony, szare zające, a nawet pasące się nad wodą, przystojne, długonogie, płochliwe sarenki. Nic więc dziwnego, że szybko zaprzyjaźnili się do tego stopnia, że nie chcieli się ze sobą rozstawać. Nawet noce piesek spędzał w pokoju Karolinki, sypiając na legowisku, w wiklinowym koszyku, stojącym obok łóżka dziewczynki, który mama, specjalnie dla niego, kupiła w sklepie zoologicznym.
Mając tak dobrą opiekę, Pinki szybko rósł i dojrzewał. Wkrótce stał się bardzo pięknym, niezwykłym, chociaż niezbyt dużym psem. Po matce, która była rasowym, medalowym pekińczykiem, odziedziczył wesołe, duże, okrągłe i nieco wyłupiaste, brązowe oczy i długie, czarne futerko z pięknymi białymi plamami na piersiach, zakręconym do góry, wiecznie merdającym ogonie oraz tylnych łapkach. Po ojcu – podwórkowym burku pilnującym zagrody (podobno takie psy, strzegące domowe ogniska, są najmądrzejsze na świecie) otrzymał rozsądek, odwagę oraz zamiłowanie do wędrówek po okolicy. Dzięki tym cechom przypominał małego, czarnego baranka, skaczącego beztrosko po obsypanej kwiatami, majowej łące, obok dającej mu poczucie bezpieczeństwa mamy i wszystkim się podobał.
Karolinka bardzo go kochała, a on odpłacał jej tym samym. Bawiąc się z nim i spacerując po ogrodzie, nauczyła się rozróżniać stany jego ducha. Wiedziała, kiedy Pinki ma dobry humor - jest wesoły i ma ochotę na psie figle oraz kiedy jest zmęczony i chce chwileczkę odpocząć, leżąc w cieniu na trawie lub na wycieraczce przed wejściem do domu. Mówiła nawet, że potrafi zrozumieć jego szczekanie i wie, co piesek do niej mówi. Dlatego oboje byli ze sobą bardzo szczęśliwi.
Zdarzało się jednak - najczęściej, gdy Karolinka przebywała w Przedszkolu - że Pinki popadał w jakąś psią melancholię. I sam nie wiedząc czemu, tracił ochotę na psoty i zabawy. Może przypominał sobie rodzinny dom u ciotki – mamę i rodzeństwo i tęsknił za nimi.
W takich chwilach, aby rozproszyć zły nastrój, stawał przy ogrodzeniu. Obserwował przechodzących chodnikiem ludzi i przejeżdżające drogą samochody. A gdy tylko listonosz albo ktoś inny zapomniał zamknąć bramkę, wymykał się na zewnątrz i na klika godzin uciekał do miasta, aby tam krążyć po ulicach i krętych zaułkach; obserwować wystawy sklepowe i szukać przygód. Potrafił nawet, gdy nie udało mu się wyjść bramką, zrobić podkop pod płotem i w ten sposób wydostać się na zewnątrz.
Pomimo, że po każdej takiej wycieczce Pinki wracał do domu, martwiło to Karolinkę i jej rodziców, bo obawiali się, że któregoś razu piesek, przechodząc nieostrożnie przez jezdnię, wpadnie pod samochód albo może spotkać go jakaś inna zła przygoda.
Pewnego dnia, gdy mama przyprowadziła Karolikę z przedszkola, a Pinkiego nie było dłużej niż zwykle, po obiedzie, Karolinka poprosiła tatę, aby poszedł do miasta i odnalazł jej przyjaciela. Gdy wszyscy troje – mama, tato i Karolinka wyszli na podwórko, usłyszeli wesołe szczekanie.
Pinki stał na tylnych łapach, przednimi oparty o metalowe pręty bramki i prosił, aby mu ją otworzyć. A obok niego, na chodniku siedział maleńki, cały w brązowo-rude cętki, przypominający prawdziwego tygryska, bardzo ładny kotek, ale w jego oczach, z jakiegoś powodu, czaił się smutek i żal.
- Chał! Chał! – zaszczekał piesek. A gdy tata otworzył mu bramkę, podbiegł do Karolinki, otarł się o jej nóżki, polizał w rączkę i wesoło zamerdał ogonkiem...
Karolinka czule pogłaskała go po głowie. Wtedy on obejrzał się na kotka, który stał tuż za nim i jeszcze raz zaszczekał.
- Mamo, tato, już wiem: Pinki, w psiowym języku, powiedział mi, że gdy wracał do domu spotkał na ulicy tego malutkiego kotka. Kotek jest bardzo nieszczęśliwy i głodny, bo nie ma domku. Niedobry człowiek, który zabrał go od jego mamy, obiecując, że będzie się nim opiekował i dbał o niego, gdy się tym znudził, wywiózł go do miasta, wyrzucił z samochodu, mówiąc: „Teraz radź sobie sam. Ja wyjeżdżam na wakacje, więc nie będę mógł się tobą zajmować”. Pinkiemu zrobiło się żal kotka, dlatego przyprowadził go tutaj, żeby podzielić się z nim jedzeniem z własnej miseczki. Obiecał mu także, że poprosi nas, abyśmy pozwolili mu zamieszkać w naszym domku.
- Chał! Chał! – szczekaniem i merdaniem ogonka Pinki potwierdził to wszystko, co powiedziała dziewczynka.
- Mamo, tato, proszę, zgódźcie się! Ja chcę mieć tego kotka! Będę się nim opiekowała. On jest taki milutki i piękny. A poza tym Pinki, gdy ja pójdę do przedszkola, będzie miał się z kim bawić.
- Dobrze, niech zostanie! – zgodziła się mama, bo zawsze miała czułe i dobre serce – Nie możemy przecież pozwolić, aby taki mały kotek mieszkał na ulicy.
- Ja też się zgadzam! – powiedział tato. – Tylko pamiętaj, że kotka czy pieska bierze się na całe życie. To nie są zabawki, którymi można się chwilę pobawić, a później odstawić do szafy, gdy ci się znudzą, o czym niektórzy źli ludzie nie chcą pamiętać.
- Wiem, tatusiu.
Od tej pory kotek zamieszkał razem z Pinkim i Karolinką. W krótkim czasie zaprzyjaźnił się z nimi i był szczęśliwy. Razem biegali po domu i podwórku; wymyślali różne zabawy i figle, i przeżyli wiele wspaniałych przygód. A Pinki był tak szczęśliwy, że zyskał nowego przyjaciela, że przestał nawet uciekać do miasta.
Wiesław Hop
Wrsja angielska bajki przetłumaczonej przez ChatGPT:
Karolinka, the Little Dog and the Kitten
We grown-ups—even when we have become so stiff, so wooden, like fence posts, because life has given us a pretty hard time—still like to remember the days when we were children and lived in a world of fairy tales...
I invite you to read my fairy tale Karolinka, the Little Dog and the Kitten, which I wrote a long time ago.
In a tiny but very beautiful house on the outskirts of an ancient city, famous throughout the world for the mysterious royal castle towering above the surrounding countryside and enclosed on all sides by a stone defensive wall, there lived a lovely, kind and cheerful little girl named Karolinka, whom everyone liked very much.
One day, when she was visiting her Aunt Grażyna with her parents—her father's sister, who lived in the countryside—and was exploring the farm with her aunt's now-grown daughters, she noticed four tiny puppies romping around the yard. Karolinka immediately fell in love with them and wished she could have one of the puppies for herself.
When Aunt Grażyna heard this, she gladly gave her the prettiest one, because she had already been looking for good homes for the puppies.
—This is Czarnulek. Apart from the white collar around his neck and his white paws, he is as black as tar. But you can give him another name, because he hasn't got used to this one yet —said Aunt Grażyna, happy that her little dog had found a home with Karolinka, because she knew she could not have found a better place for him.—You must take good care of him, feed him, play with him and take him for walks. Then he will grow fond of you and remain your faithful friend for the rest of his life.
—Thank you, Auntie! I will always remember that! He'll have a wonderful home with us!
Karolinka took the puppy home. She named him Pinki and became his friend. She looked after him and fed him. She made sure that there was always food in his bowl and fresh water to drink, and she even shared with him the tastiest morsels from her own dinner.
Every day she played with him in the house and in the garden. Together with her father and mother, she took him on long walks along the beautiful paths around the castle and beside the little river that flowed nearby, right through the middle of the city. The river was overgrown with reeds and willow bushes, and it was home to fish—beautiful, nimble, freckled trout and whiskered catfish—and even red crayfish that walked backwards and had sharp claws instead of hands.
Under Karolinka's parents' watchful care, the two of them explored the natural world around them. They watched chatty quails; large green woodpeckers with red caps on their heads, busily tapping at old trees; flocks of partridges, as fluffy as balls of cotton; handsome, colorful pheasants and their modest grey wives; grey hares; and even graceful, long-legged, timid roe deer grazing beside the water.
So it was hardly surprising that the two friends soon became so close that they did not want to be apart. Even at night Pinki slept in Karolinka's room, in a wicker basket that his mother had specially bought for him at a pet shop. The basket stood beside the little girl's bed.
With such loving care, Pinki grew quickly and matured. Before long he became a very handsome and unusual dog, although he was not a particularly large one.
From his mother, who had been a pedigree, prize-winning Pekingese, he inherited his cheerful, large, round, slightly bulging brown eyes and his long black fur, with beautiful white patches on his chest, on his curled-up, constantly wagging tail and on his hind legs.
From his father—a yard dog who guarded the farmyard—he inherited good sense, courage and a love of wandering around the neighborhood. People said that dogs who guarded the family home were the cleverest dogs in the world.
Thanks to all these qualities, Pinki looked like a little black lamb happily leaping across a flower-covered May meadow, close to his mother, whose presence made him feel safe. Everyone who saw him liked him.
Karolinka loved him dearly, and he loved her just as much.
By playing with him and walking with him around the garden, she learned to recognize his different moods. She knew when Pinki was in a good mood—cheerful and ready for all sorts of canine mischief—and when he was tired and wanted to rest for a little while, lying in the shade on the grass or on the doormat in front of the house.
She even said that she could understand his barking and knew what her little dog was saying to her.
That was why the two of them were so happy together.
There were times, however—most often when Karolinka was at kindergarten—when Pinki would fall into a kind of canine melancholy. Without even knowing why, he would lose all desire to play and fool around.
Perhaps he remembered his family home at Aunt Grażyna's—the mother he had left behind and his brothers and sisters—and missed them.
At such moments, in order to drive away his bad mood, he would stand by the fence. He watched people walking along the pavement and cars passing along the road.
And whenever the postman or someone else forgot to close the gate, Pinki would slip outside and disappear into the city for a few hours. He wandered through the streets and winding little alleys, looked at shop windows and searched for adventures.
Sometimes, when he failed to get out through the gate, he would even dig a tunnel underneath the fence and escape that way.
Although Pinki always returned home after each of these excursions, his adventures worried Karolinka and her parents. They were afraid that one day, while crossing the road carelessly, he might be hit by a car—or that some other unpleasant adventure might befall him.
One day, when her mother had brought Karolinka home from kindergarten and Pinki had been gone longer than usual, Karolinka asked her father to go into the city and find her friend.
When all three of them—Mother, Father and Karolinka—went out into the yard, they heard cheerful barking.
Pinki was standing on his hind legs, resting his front paws against the metal bars of the gate and asking them to open it.
And right beside him, sitting on the pavement, was a tiny kitten. He was covered in little brown and reddish spots and looked just like a real tiger cub. He was a very pretty little creature, but for some reason there was sadness and sorrow hiding in his eyes.
—Woof! Woof!—the little dog barked.
And when Daddy opened the gate, Pinki ran up to Karolinka, rubbed himself against her legs, licked her hand and wagged his tail happily.
Karolinka affectionately stroked him on the head.
Then Pinki looked back at the kitten, who was standing right behind him, and barked once more.
—Mummy, Daddy, I know what he means! Pinki told me, in dog language, that when he was coming home he met this little kitten in the street. The kitten is very unhappy and hungry because he has no home.
A bad man took him away from his mother, promising that he would look after him and take care of him. But when he got tired of having him, he drove him into the city, threw him out of his car and said, “Now you're on your own. I'm going away on holiday, so I won't be able to take care of you.”
Pinki felt sorry for the kitten, so he brought him here because he wanted to share the food from his own bowl with him. He also promised the kitten that he would ask us to let him live in our house.
—Woof! Woof!—Pinki confirmed everything the little girl had said with his barking and wagging tail.
—Mummy, Daddy, please say yes! I want to have this kitten! I'll take care of him. He's so sweet and beautiful. And besides, when I go to kindergarten, Pinki will have someone to play with.
—All right. Let him stay!—Mother agreed, because she had always had a tender and kind heart.—We can't possibly allow such a little kitten to live on the streets.
—I agree, too!—said Father.—But remember that when you take a kitten or a puppy into your home, you take responsibility for it for its entire life. They are not toys that you can play with for a while and then put away in a cupboard when you get bored with them. Unfortunately, some bad people seem to forget that.
—I know, Daddy.
From that day on, the little kitten lived together with Pinki and Karolinka.
It did not take long for him to become their friend, and he was happy.
Together they ran around the house and the garden. They invented all sorts of games and mischief and had many wonderful adventures.
And Pinki was so happy to have gained a new friend that he stopped running away into the city altogether.
Wiesław Hop

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz