Dzisiaj zapraszam na drugą część "Bajek małej Karolinki". Cóż, szczęśliwe dzieciństwo to jest to, co najlepiej ładuje nasze akumulatory za całe życie. Może warto więc
chwilami przypomnieć sobie, jak to było.
Podwórkowe igraszki
Od dnia, w którym Pinki przyprowadził do domu bezdomnego, nieszczęśliwego, małego kotka minęło dwa tygodnie. W tym czasie kotek troszeczkę podrósł i dzięki temu, że Karolinka otoczyła go troskliwą opieką - karmiła, kąpała w specjalnym szamponie dla kotków i piesków, i codziennie czesała – jeszcze bardziej wypiękniał. Miał bardzo puszyste, brązowo-rude, cętkowane futerko i do złudzenia przypominał maleńkiego tygryska. Jego ogonek był długi, gruby i kudłaty, a sterczące do góry uszy zakończone pędzelkami, z takich samych jak wąsy, czarnych włosów. Oczy błyszczały mu jak dwa węgielki. Karolinka nazwała go Dzikusek i bardzo lubiła się z nim bawić.
Teraz Dzikusek był naprawdę szczęśliwym kotkiem, bo wreszcie znalazł prawdziwy dom, gdzie wszyscy go kochali. A zawdzięczał to Pinkiemu, bo gdyby nie Pinki – piesek o czułym sercu, pewnie do dzisiaj, brudny i głodny, tułał by się gdzieś po ulicach. I nie wiadomo, co jeszcze mogło mu się przydarzyć.
W nowym domku miał, taką samą jak Pinki, własną miseczkę na mleczko oraz talerzyk na kocią karmę, którą bardzo lubił chrupać. Ponadto mama Karolinki, w sklepie zoologicznym, kupiła mu wiklinowy koszyk do spania z materacykiem i piękną kołderką.
Ponieważ w pokoju Karolinki zrobiło się za ciasno, jej tata urządził Pinkiemu i Dzikuskowi oddzielną sypialnie na parterze domu, skąd mieli bezpośrednie, własne wyjście do ogrodu. Ponadto w czasie dnia mogli swobodnie hasać po całym domu.
Karolinka codziennie rano, przed wyjściem do przedszkola, karmiła swoje zwierzątka, a po południu bawiła się z nimi na podwórku. Pod jej nieobecność Pinki z Dzikuskiem wymyślali najróżniejsze psie i kocie figle. Gdy się zmęczyli, odpoczywali, leżąc na wycieraczce przed drzwiami albo na grubej poduszce z igliwia pod starą sosną , rosnącą przy ogrodzeniu w pobliżu bramki prowadzącej na ulicę. Wygrzewając się w słońcu, czekali na Karolinkę.
Pinki był tak zadowolony z nowego przyjaciela, że przestał nawet uciekać do miasta. Oprowadzał kotka po całym podwórku i ogrodzie. Pokazał mu, gdzie w dziupli, w starej lipie mieszkają wiewiórki – jedna brązowa, a druga zupełnie czarna. Pokazał, wiszący wysoko na brzozie, domek rodziny szpaków, który ubiegłego lata zrobił z desek i przybił do drzewa starszy brat Karolinki, Michał, a także gniazda przepiórek i bocianów oraz wiele innych tajemniczych miejsc, które do tej pory zachowywał tylko dla siebie.
Zaprowadził go także do położonego na pagórku jodłowego lasku, w którym często szukały schronienia bażanty i kuropatwy. Las należał do taty Karolinki i wraz z całą posiadłością był ogrodzony wysokim płotem z drucianej siatki, więc było tam bezpiecznie. Jednak tuż za ogrodzeniem, w głębokim jarze, w norze pod korzeniami starego dębu mieszkał podstępny lis, Cwaniaczek i Pinki przestrzegał przed nim swojego przyjaciela:
- Pamiętaj, żebyś nigdy sam nie wychodził poza to ogrodzenie, w głąb lasu, bo lis, Cwaniaczek, który tam mieszka, mógłby zrobić krzywdę takiemu małemu kotkowi, jak ty.
- Dobrze, Pinki, będę o tym pamiętał – powiedział kotek, ale nie przejął się tym zbytnio, bo pomyślał sobie, że w razie niebezpieczeństwa zawsze może uciec na drzewo.
Mając dobrą opiekę Dzikusek szybko rósł i mężniał. Był bardzo wesołym i żywym kotkiem, i w krótkim czasie poznał wszystkie zakamarki. W całym domu, na podwórku, w ogrodzie, w sadzie i w lasku nie było ani jednego miejsca, do którego by nie zajrzał. Potrafił wspiąć się na najwyższe drzewo, chodzić po płocie, a nawet wdrapać się na dach, krytego gontem, starego domu i godzinami siedzieć na kominie, skąd rozciągał się wspaniały widok na położoną niżej dolinę rzeki i miasto, i widać było najwyższą wieżę Zamku Kazimierzowskiego, na szczycie której mieniła się w słońcu i łopotała na wietrze biało-czerwona flaga.
Jednak najbardziej ze wszystkiego lubił bawić się w chowanego i berka na podwórku z Karolinką i Pinkim; albo grać z nimi w piłkę. Zdarzało się wtedy, że niespodziewanie, z płotu, wskakiwał pieskowi na szerokie plecy, który chętnie go woził dookoła domu. Karolinkę natomiast chwytał pazurkami za spódniczkę, rajstopy i buty. Czasem delikatnie drapał ją po rękach, za co ona łaskotała go i głaskała po futerku.
Piękne, wesołe i niezapomniane były to chwile wspólnych psot, gier i zabaw. Nawet klekoczące bociany, ze swojego dużego gniazda, umieszczonego wysoko na szczycie słupa elektrycznego, wiewiórki ze starej lipy, szpaki, a także kuropatwy i bażanty z jodłowego lasku przyglądały się im z zainteresowaniem i miały ochotę się przyłączyć.
Pewnej soboty, w środku gorącego lata, Karolinka poprosiła tatę, aby napompował, wystawił na słońce i napełnił wodą jej plastikowy basen w kolorowe kwiaty. Po południu, gdy woda była już dostatecznie ciepła, ubrała się w swój, otrzymany w prezencie od mamy, błękitny strój kąpielowy. Zawołała Pinkiego i Dzikuska, odpoczywających po obiedzie, z pełnymi brzuszkami, w cieniu pod starą sosną i powiedziała:
- Wszyscy musimy się dzisiaj porządnie wykąpać. Pierwsze ja, a później wy. Jutro czeka nas wspaniała przygoda, więc musimy być czyści.
- Jaka przygoda? Jaka? – dopytywali się piesek i kotek.
- Nie mogę wam powiedzieć – uśmiechnęła się dziewczynka. – Postanowiłyśmy z mamusią, że będzie to niespodzianka. Zdradzę wam tylko, że z Rzeszowa przyjeżdża ze swoim mężem moja siostrzyczka Kasia. A kiedy ona jest w domu, zawsze dzieje się coś niezwykłego.
Po kąpieli Karolinka, Dzikusek i Pinki, na podwórku grali w piłkę plażową, a po kolacji wszyscy wcześnie położyli się spać.
Kotek i piesek, leżąc w swoich łóżeczkach, długo próbowali odgadnąć, jaka przygoda czeka ich następnego dnia, ale żaden z nich nic nie potrafił wymyślić. Na rozwiązanie tej zagadki musieli poczekać do rana.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz