Moje opowiadanie drukowane w przyrodniczo-łowieckim kwartalniku "Łowiec Galicyjski", nr 4/2024.
Zapraszam do czytania.
Niedaleko pada jabłko od jabłoni
Siedzieliśmy z
Rychem w altance za domem, w ogrodzie mojej matki i pililiśmy młode czereśniowe
wino domowej roboty. Nieopodal, prawie na wyciągnięcie ręki, w sierpniowym
słońcu dojrzewało kilka rzędów czerwonych malin. A za nimi, spływając małymi
kaskadami po kamiennych progach, szumiała rzeka – niezbyt duża, ale bystra i zdarzało niebezpieczna w czasie
wiosennych roztopów i gwałtownych burz – która oddzielała błonia wąskiej w tej
okolicy doliny Porąbki od porośniętej bujnymi trawami, ziołami i kępami jałowców,
połoniny góry Barani Wierch. Kiedyś na połoninie wypasaliśmy bydło i owce, a w
zakolach dzikiej rzeki łowiliśmy dorodne potokowe pstrągi. Od drogi, obok
naszej studni, przez środek góry aż do samego lasu biegła ścieżka. Rycho
spojrzał w tamtym kierunku i oczy mu się zaświeciły:
- Pamiętam,
tamtędy chodziliśmy z twoim starym do lasu. W Pomiarki. Przez dwie zimy