Jeżeli ktoś ma ochotę, zapraszam do lektury mojego opowiadania "Bożuńciu błyśnuij". Dzisiaj pierwsza część.
Bożuńciu błyśnij
— Dawniej to było dobrze. Nie
taka bieda i dziadostwo jak teraz, gdy w całej wsi u żadnego gospodarza krowy
nie zapoświadczysz, a pola, jak dzikie stepy, zarastają trawą i krzakami —
mówiła Aniela Kalinowska, kobieta już dobrze po sześćdziesiątce, chociaż
jeszcze postawna, jeszcze przyciągająca męskie oko na ulicy; ze śladami, co
prawda, przemijającej już, ale nieprzeciętnej urody. — Wszystkie okoliczne góry
były zasiane zbożem, a nadrzeczne błonia zasadzone burakami cukrowymi i
tytoniem. W czasie żniw, gdzie okiem sięgnąć, jak wieś długa i szeroka, na
polach stały pokopki żyta, pszenicy, jęczmienia i owsa. Bywało, że w pogodną noc
poszliśmy z Michałem na pobliską Antochówkę czy Załazek, zabrali i znieśli do
stodoły po jednym snopku z każdego pokopka... Śladu żadnego nie zrobiło. Trzy
noce wystarczyły, żeby do szczytu założyć wszystkie sąsieki w naszej stodółce.
I komu to przeszkadzało? My miały i ludziom nie brakowało...
— Racja, Aniela. Racja... Tak
było — zgodził się z nią Alojzy Staroń, były traktorzysta z pegeeru w Dybowie,
rówieśnik i dobry kolega Michała Kalinowskiego.